Into the wild. Mamo uważaj o czym marzysz…

Kto mnie zna, ten wie, że ze mnie trochę taka dziewczyna z lasu. Warszawski prawie słoik, ale nie z jakiegoś małego miasteczka, nie ze wsi a z lasu właśnie. Miałam  wspaniałą możliwość wychowania się domu w środku puszczy, nad rzeką i niedaleko jeziora. Brzmi jak cudownie sielskie dzieciństwo i cudowne było. Dla mnie, bo moi rodzice musieli się zmierzyć z wieloma problemami, które generuje mieszkanie w takim miejscu. I choć Warszawa jest moim miastem, nie wyobrażam sobie, póki co, żadnej przeprowadzki, to tęsknię za tym innym światem, bliskiej natury, niesamowitych widoków i wolniejszego tempa życia. Tęsknie zwłaszcza gdy zaświeci wiosenne słońce a za moim oknem trochę drzewek i mnóstwo bloków, kierowcy kłócą się o miejsce parkingowe a pobliski trawnik ktoś znowu pomylił z koszem na śmieci.

Miarka mojej tęsknoty przebrała się w ubiegłą sobotę. Zamarzyła mi się zielona przygoda.  Bez  większych przygotowań wpakowałam Helenę w wózek i ruszyłyśmy w stronę Lasu Kabackiego. Plan był prosty- spacer po lesie i przylegającymi do niego łąkami, rozłożenie kocyka w jakimś ładnym miejscu i wspaniały odpoczynek wśród zieloności.

WP_20170520_16_39_32_Pro.jpg

Był spacer łąkami i lasem, był moment na kocyk, było zielono i blisko natury. Było też sporo przygód w drodze powrotnej, niekoniecznie takich, które chciałabym jeszcze powtórzyć…

Ścieżka którą wracałyśmy była bardzo urokliwa, przez chwilę poczułam się jak w okolicach rodzinnego domu. Jej plusem było to, że choć w pełni leśna, znajdowała się niedaleko „cywilizacji” – co jakiś czas było słychać odgłosu dziejącego się niedaleko festynu. Zaleta okazała się jednak pozorna- może i cywilizacja była niedaleko, ale jak się zaraz okazało skutecznie oddzielały nas od niej rów, nasyp i tory kolejki oraz brak przejścia, z którego mogłabym skorzystać prowadząc wózek. Wiedziałam, że za mniej więcej pół kilometra znajdziemy odpowiednie miejsce, by przejść na drugą stronę, było to bliżej niż zawrócić i wracać tą samą drogą, więc szłyśmy dalej, pomimo że nasza ścieżka robiła się coraz węższa. Niestety nie tylko węższa, ale również coraz bardziej pochyła. Nie muszę pewnie pisać co poczułam, kiedy nagle wózek zaczął przechylać i przewracać w stronę rowu przy nasypie… Po opanowaniu sytuacji wyjęłam Helę i z nią na rękach, pchając wózek szłam dalej (dla tych którzy nie wiedzą dodam, że Hela waży 10kg… a ja nie wzięłam ani chusty, ani nosidła). I wtedy kilkadziesiąt metrów od nas przebiegło stado dzików…

Po znalezieniu przejścia przez tory, sprawnie wróciłyśmy do domu. Niestety okazało się, że przyniosłam niechcianą pamiątkę z lasu- kleszcza. Mogę się tylko cieszyć, że znalazłam go u siebie a nie Heli….

Marzył mi się kontakt z naturą. Nie taką przystrzyżoną w parku, z mnóstwem ludzi a taką bardziej dziką. No i natura się ze mną skontaktowała pokazując mi, że takie nie do końca przygotowane wyprawy z małym dzieckiem, to jednak nie najlepszy pomysł…

Pozdrawiam!

Magda

Jeśli spodobał ci się ten wpis, proszę, podziel się nim ze znajomymi, korzystając z poniższych przycisków i polub naszą stronę na facebooku, żeby być na bieżąco (klik).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s