#Jak dziecko wyleczyło mnie z bolącego smutku

Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mi, że będę się tak cieszyć z bycia mamą, że kilka razy dziennie moje serce będzie oblewał ciepły, miły miodek, to chyba postukałabym się w czoło i odwróciła na pięcie. Albo lepiej! Weszłabym w dyskusję na temat tego, jak to boję się porodu, jak ciało strasznie się zmieni. No i co z nocnym wstawaniem!? A w ogóle macierzyństwo to przecież jedno wielkie pasmo trudów, wyzwań i ograniczeń.

Tak było kilka lat temu. Teraz myślę zupełnie inaczej. Oto moja historia. O tym, jak dojrzałam do macierzyństwa i jak pojawienie się dziecka w moim życiu wyleczyło mnie z ciągłego smutku, narzekactwa, maniakalnego układania rzeczy na półkach według ich kolorów i przesadnego zastanawiania się, czy na pewno ten pasek pasuje do tej spódnicy.

A było tak.

Od dłuższego czasu miotałam się z myślami o macierzyństwie. Strasznie się bałam zostać czyjąś mamą. Buntowałam się i stawiałam opór w rozmowach na ten temat. Próbowałam się czasem przełamywać czytając książki o macierzyństwie i płakałam nad nimi, bo obce były mi uczucia, o których czytałam. A nie daj Bóg ktoś wspomniał o porodzie! Wtedy puszczały mi nerwy. Zresztą nerwy puszczały mi też z innych powodów. Byłam rozchwiana emocjonalnie. Zdarzało mi się tryskać energią, a zaraz potem miałam totalny spadek formy i ogarniał mnie smutek. Nie rozumiałam co się ze mną dzieje.

Mój mąż Piotr pragnął powiększyć naszą rodzinę na długo przede mną. Uważał, tak jak i ja teraz, że rodzina to najcenniejszy skarb i jeśli zostaliśmy obdarzeni odpowiednimi predyspozycjami to powinniśmy ten dar wykorzystać i dać życie dziecku. Ale gdzie tam! Daleko mi było do takiego myślenia. Nigdy nie należałam do kobiet, które marzą od najmłodszych chwil o byciu mamą. Nie wzdychałam na widok bobasków, na ulicy nie zaglądałam kobietom do wózków i nie chwytałam w ramiona znajomych dzieci. Małżeństwo tak, ale dziecko nie, niekoniecznie, może kiedyś.

Czegoś mi jednak brakowało. Odczuwałam nieopisaną pustkę w sercu, która z każdym dniem, tygodniem i miesiącem się powiększała. Próbowałam więc ją wypełniać na różne sposoby. A to weekendowe seanse filmowe przy lampce wina, a to studia podyplomowe, a to coraz dalsze podróże. Ale nic nie pomagało. Spotykając się z koleżankami, które mają dzieci nie mogłam uwierzyć, że są takie szczęśliwe. Przecież muszą być zmęczone! Owszem czasem niewyspane i z podkrążonymi oczami, ale zawsze uśmiechnięte i zapatrzone w swoje maluchy. Patrząc na nie robiłam wielkie oczy i dobrą minę mówiąc, że na mnie jeszcze nie przyszedł czas.

Aż któregoś dnia uświadomiłam sobie pewną oczywistość – że czas płynie. Że nie zatrzyma się specjalnie dla mnie i w nieskończoność nie będę mogła sobie myśleć, czy i kiedy. Nasłuchałam się też wielu historii o tym, jakie pary mają trudności z poczęciem i pomyślałam, że pewne zanim „ewentualnie” pojawi się moje dziecko może minąć kilka lat.

Podjęłam decyzję: zacznę się przygotowywać do bycia matką. Rozsądek przede wszystkim! Poszłam na kilka wizyt do lekarza, zrobiłam odpowiednie badania, zaczęłam łykać suplementy, a potem wyjechaliśmy na wakacje i jakoś tak wyszło, że nie zwróciłam uwagi na niepokojące wyniki. Zwłaszcza moje tsh pozostawiało wiele do życzenia, ale zbagatelizowałam to i pojechałam zbierać promienie południowego słońca kilka tysięcy kilometrów od domu. Potem wróciłam i okazało się, że mam podejrzenie boreliozy, więc moja uwaga skupiła się na tym. Boreliozy na szczęście nie miałam, jednak z moim podwyższonym tsh trafiłam do endokrynologa, który natychmiast przepisał mi lekarstwa i zaprosił na rozszerzone badania, bo nie było dobrze. Kilka dni później test ciążowy pokazał, że  b ę d z i e m y   r o d z i c a m i. Tak! To już! Serce waliło mi jak oszalałe.

Ale jak to? Tak szybko? Teraz, kiedy muszę zrobić dalsze badania? Przyjmować lekarstwa? Radość mieszała się z obawami, czy wszystko będzie w porządku. Natychmiast zadzwoniłam do przychodni z prośbą o ponowną wizytę u endokrynologa. Pani doktor przyjęła mnie po 22:00, jako dodatkową pacjentkę i powiedziała, że szczerze gratuluje, bo z tak wysokim tsh (z 6,5 wzrosło do 9) rzadko się zdarza, aby udało się zajść w ciążę tak szybko. Nie będę opisywać szczegółowo, co się działo dalej. Kilka tygodni potem miałam zdiagnozowaną chorobę Hashimoto. Nie wiem, czy wszyscy wiedzą, jakie spustoszenie w emocjach może siać ta choroba? A może ogromne! Natychmiast zaczęłam brać odpowiednie lekarstwa i przestałam być taka rozchwiana emocjonalnie.

Byłam też szczęśliwą kobietą oczekującą maleństwa! Oczywiście ciąża zrobiła swoje, byłam płaczliwa i wrażliwsza, ale takie „burze”, jakich doświadczałam wcześniej dotąd nie powróciły.

dscn8347

Ciąża była wspaniałym czasem oczekiwania na moją córeczkę, przygotowań, kupowania ciuszków i roztkliwiania się nad pękatym brzuchem.

W czerwcu urodziła się Łucja Maria. Pamiętam, jakby to było przed chwilą… Cieplutkie, różowe maleństwo z wianuszkiem gęstych, ciemnych włosków na główce.

                          

Wtedy poczułam się tak, jak gdyby podniesiono żaluzje w letni ranek i do środka wpadło ciepłe słoneczne światło. Nie wiem, czy każdy rodzic ma podobnie. My z Piotrem w każdym razie czujemy się tak, jakby Lusia była z nami od zawsze.

Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że czas, który teraz przeżywam, pomimo jego trudów, nieprzespanych nocy i bez poukładanych kolorami ubrań w szafie to jak dotąd najcenniejsze chwile mojego życia.

Uściski!

Martyna

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s